10 podróżników na 7 motocyklach wybiera się na poddasze świata.
RSS
piątek, 03 listopada 2006
post scriptum

Wyprawa trwała 39 dni, z czego 20 poszło na dojazd (11+9). W drodze powrotnej zamiast padać na pysk darłem jeszcze więcej i wyszło średnio 580km na dzień. Raczej nie przekraczając 110km/h oznacza to jazdę od rana do zmroku. Wszystkiego wyszło prawie 15 tys. km.

Motor spisał się niesamowicie. Nie działający czujnik sprzęgła był po prostu zabrudzony a więc w motocyklu nie zepsuło się dokładnie nic. Pękły stelaże pod kufry boczne i dwa tygodnie później Pastor mi je pospawał ale z taką przeróbką, że w tym miejscu na pewno więcej nie padną. Urwałem również mocowanie kufra centralnego bo przymocowałem nim drugi komplet opon ale nowe kosztuje u Louisa 50zł. I tyle! Nie spodziewałem się, że będzie tego tak mało. No i oczywiście normalne zyżycie eksploatacyjne. Jechałem na Michelinach Anakee i nie zdarłem ich do końca mimo przebiegu 17 tys. km. To doskonały wynik na takie miękkie gumy ale podobno prędkość maksymalna jest decydująca na zużycie i to by się potwierdzało. Zarżnąłem łańcuch i tu miałem trochę szczęścia bo po przyjeździe do Krakowa naciągnąłem go po raz ostatni i zakończyłem zakres regulacyjny... Naprawdę niewiele dalej bym na nim dojechał. Zdarłem kompletnie tylne klocki i błędem było nie zabranie rezerwowego kompletu bo tarczy się trochę oberwało. Olej w lagach się wypracował i częściej motocykl mi dobijał do końca. I to by było chyba tyle.

Ze zdrowiem nie było problemu poza zatruciami żołądkowymi, które dopadły prawie (?) wszystkich. Ja swoje wyleczyłem szybko probiotykiem Enterol 250 i do końca wyprawy łykałem to prewencyjnie. Więcej żaden problem mnie dopadł. Nie wiem czy to przypadek czy nie ale na następny raz na pewno wezmę ze sobą.

Przed wyjazdem wyobrażałem sobie, że po powrocie wstawię motor do garażu i będę miał spokój do wiosny. Błąd! Od powrotu zrobiłem już półtora tysiąca i ani trochę nie mam dość. Na forum przeczytałem, że w przyszłym roku sporo osób planuje wyjazd na Kaukaz. Ja tam zawsze chciałem pojechać... 

14:50, zachary70
Link Komentarze (4) »
Równe - Kraków, 9.10

Zupełnie inaczej wsiada się na motor z myślą, że wieczorem będę w domu po przeszło miesiącu podróży. Uważam w prędkością aby nie zwiększać nadmiernie kosztu wyprawy. Zatrzymuję się w knajpie sprawdzonej po drodze na wschód i zamawiam doskonałą uchę z łososia i kolejne danie z ryby "Widzimisię Szefa". A co tam, czas zacząć świętować udaną wyprawę. Przy bardzo dobrej pogodzie i lekkim sercu mknę do domu. Nawet drogi wydają się niezłe ale to pewnie efekt pojeżdżenia po Azji Środkowej.  Pamiętając o fatalnych ulicach we Lwowie tym razem jadę obwodnicą, mimo że sporo dłuższa. Okazuje się również mocno obciążona i pagórkowata więc nawet na motocyklu muszę się sporo nawalczyć aby nie wlec się za stadami ciężarówek. W końcu zjazd na E40 i ostatnia prosta do Polski. Na granicy spędzam trochę czasu ale w normie. Moją wjazdową deklarację celną Ukraińcy mają gdzieś i mogę ją sobie zabrać. To na odwrót niż w Kazachstanie i za darmo :-))). Polacy interesują się czy nie szmugluję papierosów i wódki bo co innego można robić na granicy z Ukrainą???

Po polskiej stronie dobry asfalt (tak, tak!) i straszny ścisk na drodze. W pierwszy korek ładuję się już w Jarosławiu i wcale niełatwo go ominąć mając z kuframi 110cm szerokości. Potem ruch przyspiesza ale pozostaje gęsty. Polscy kierowcy wcale tak dużo rozumu więcej nie mają a przy tym tłoku na drogach i tak trzeba na cztery strony patrzeć. Czwórka dalej rozkopana i nie ma mowy o wyprzedzaniu więc do Krakowa dojeżdżam już po ciemku. Nie szkodzi, jest sucho a ja znam tu każdy zakręt. A potem prysznic we własnym domu, mówię Wam, to coś niesamowitego...

14:31, zachary70
Link Dodaj komentarz »
Połtawa - Równe (Ukraina), 8.10
O świcie gęsta mgła i nie ma się dokąd spieszyć. Wyjeżdżam dopiero po 9 ale słońce bierze się do roboty i wysusza mgłę odsłaniając piękne niebo. Przejazd przez Ukrainę mało zapisuje się w pamięci bo większość drogi to płaska dwupasmówka. Lewym pasem śmigają samobójcy i motorem lepiej tam uważać. Przy drodze pojawiają się stylowe knajpki, coś wciąż nieznanego w tej części Rosji gdzie byłem. W jednej z nich zatrzymuję się i po tygodniach prostego jedzenia biorę suma z rusztu. Porcja niewielka a cena przynajmniej jak w Polsce ale jedzenie pierwsza klasa. Nadrabiam czas stracony po rosyjskiej stronie ostatniego przejścia i jadę prawie non-stop. Nie zauważam gdy wjeżdżam w teren zabudowany i trafiam na milicję z radarem, jakoś nie zauważyłem ostrzeżeń od innych kierowców. Sekundę wcześniej zobaczyłem kogoś na pasach i przyhamowałem więc nawet niedrogo wyszło. Na noc rozbijam po raz ostatni namiot na łące za laskiem. Po drugiej stronie rowu strażnik pilnuje pola buraków cukrowych.
14:03, zachary70
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 listopada 2006
za Woroneżem - Połtawa (Ukraina), 7.10

Poranek całkiem wstrętny - pada deszcz, jest mgliście a od grubych chmur również ciemno. Strach wyprzedzać bo poprzez wodę spod kół nie widać czy coś jedzie z naprzeciwka. Sporo Rosjan włącza światła w takich warunkach ale sporo nie... W takich warunkach jadę ostrożnie 200km do granicy ukraińskiej. To nowoczesne i duże przejście ale ruch samochodów też jest duży. Kolejka posuwa się dosyć sprawnie i w końcu trafiam do odprawy. Tym razem utykam na wydruku komputerowym umowy polsko-rosyjskiej m. in. zawalniającej z obowiązku posiadania wiz tranzytowych. Żaden pogranicznik rosyjski nie zna tej umowy ale jak do tej pory dosyć szybko puszczali dalej. Ci musieli się jednak upewnić, że umowy nie napisałem w Wordzie i tak tracę przynajmniej godzinę. Potem jeszcze długa kolejka na stronę ukraińską i nieoczekiwana konieczność wypełnienia deklaracji celnej na motocykl zjadają kolejne godziny. Planowałem dojechać do Lubnego i przenocować jeszcze raz u Wowy, ukraińskiego motocyklisty, który wysuszył mnie gdy jechałem w przeciwną stronę. Czas stracony na przejściu wyklucza tą opcję, zresztą jego telefon i tak nie odpowiada.

Na Ukrainie pozostaje 2-3 godziny jazdy do zachodu słońca. A świeci pięknie i prosto w szybkę porysowaną już od wycierania rękawiczką przy jeździe w deszczu. Ledwo co widzę pod ostre słońce ale znajduję nieduży parking dla TIRów na nocleg. Jest spokojnie, spory trawnik dla mnie i kafejka aby spokojnie zjeść kolację i śniadanie. 

20:54, zachary70
Link Dodaj komentarz »
przed Penzą - za Woroneżem (Rosja), 6.10

Coraz dłuższe noce albo coraz mniejsze wymagania powodują, że zaczynam budzić się jeszcze w nocy i muszę czekać do brzasku zanim wstanę. Wysyłam po ciemku koordynaty GPS ekipie busa i okazuje się, że są 40km ode mnie. Spotykamy się pół godziny później i jedziemy na śniadanie. Chłopaki uspokajają mnie w kwestii łańcucha a co do opon to sam widzę, że wystarczą. Siadam na motor i odjeżdżam, czując na plecach wzrok Pastora.

Po przejechaniu Penzy odbijam na pustą i dobrą drogę do Woroneża. Dzień ładny, suchy i ciepły a wszystkie drzewa kolorowe. Noclegu szukam za Woroneżem i rozbijam się obok stacji benzynowej ale poza jej terenem. Koło 21 zjawia się właściciel terenu i wymusza przenosiny na drugą stronę. To jedyny nieprzyjemny incydent w kwestii spania pod namiotem. 

20:38, zachary70
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9